Dzień 5 – trekking Chiang Mai cz. I

Po 9:00 rano wyruszyliśmy na pace podstawionego samochodu na 2-dniowy trekking na północ od Chiang Mai, w kierunku granicy z Birmą. Najpierw dojechaliśmy do biura Trekking Collective, do Caroline, z którą mailowaliśmy od 2 miesięcy. Dostaliśmy od niej śpiwory i przepakowaliśmy się w większe plecaki bo nasze okazały się za małe by to wszystko pomieścić. Wsiedliśmy z powrotem do samochodu i dojechaliśmy do punktu policji turystycznej w celu wysłuchania z innymi grupami turystów krótkiej pogadanki na temat bezpieczeństwa w górach. Takie tam o nie przyjmowaniu opium od napotkanych ludzi, słuchaniu się przewodnika itd. Douczeni wsiedliśmy znowu na pakę i czekała nas półgodzinna przejażdżka na targ, gdzie nasz przewodnik Manit kupił składniki na obiad. My pochodziliśmy po stoiskach i zjedliśmy kilka smakołyków na śniadanie. Targ nie był miejscem turystycznym wiec nasz widok bardzo intrygował miejscowych, szczególnie wzrost Kamila.

Po zakupach ponownie zapakowaliśmy się do samochodu i tym razem przystanek był dopiero po ok godzinie w wiosce słoni. Mieliśmy ok 40 min przejażdżki na słoniach po bardzo malowniczej dolinie. My mieliśmy swojego słonika i Kamil swojego. Dostaliśmy banany i pędy bambusa by je karmić podczas jazdy. Kamila słoń był zachłanny i ciągle podnosił trąbę po więcej ;) Miłe doświadczenie z tymi olbrzymami. Dowiedzieliśmy się też skąd się wziął pomysł na taką atrakcję dla turystów. Otóż po tym jak rząd zakazał wycinki lasów i słonie przestały być potrzebne do transportu drewna zaczęto się zastanawiać jak wykorzystać tyle okazów, które są przecież długowieczne, a karmić je trzeba. Wymyślono przewożenie turystów i w ten sposób słonie pracują na swoje utrzymanie. Proste. Po zejściu ze słoni czekała nas jeszcze przeprawa na linie, w klatce nad rzeką. Fajna sprawa. Po drugiej stronie już czekał na nas Manit wiec ruszyliśmy dalej.

Dojechaliśmy do tajlandzkiej wioski, gdzie zjedliśmy Pad Thai nad samą rzeką. Za plecami pływały nam pontony oraz bambusowe tratwy. W pewnej chwili usłyszeliśmy radosne pokrzykiwania 3 pań, które po wypatrzeniu nas zaczęły prawie biec by coś nam sprzedać. Były ubrane w swoje ludowe stroje i pochodziły z plemienia Ahra. Rozumiały nawet trochę po angielsku, najlepiej znały oczywiście liczby ;) U każdej coś kupiliśmy, żeby się nie awanturowały, ze którąś faworyzujemy. W końcu cyrk sobie poszedł, a my dokończyliśmy jedzenie i znowu wsiedliśmy na pakę.

Dołączył do nas Jadoo i po przejechaniu kilku kilometrów wyruszyliśmy pieszo w dżunglę. Oczywiście wcześniej się wypryskaliśmy preparatem na komary. Kierowca odjechał a my zaczęliśmy się wspinać pod gore w upale, cudownie! Jadoo to 29 – letni mieszkaniec wioski Lahu, która wywodzi się z Birmy. Ma 2 córki, żonę, zbudował sam dom. Porozumiewa sie po angielsku, jest budowlańcem. Do tego śpiewa, jest przewodnikiem po dżungli i potrafi wszystko. Strzelał bezbłędnie z procy do celu i po drodze wyciosał nam kubeczki z bambusa. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego człowieka. Z resztą Manit to też ciekawy przypadek. Ma 50 lat (wygląda na 35), skończył biologię na uniwersytecie w Szwecji gdzie mieszkał 10 lat. Jako dziecko uczył się na mnicha i był w zakonie. Później walczył w Bangkoku jako zawodnik Muay Thai. Był tez gitarzystą w kapeli, która grała muzykę w stylu lat 60 i 70. Obecnie jest ojcem 4 letniej dziewczynki, nauczycielem zielarstwa i przewodnikiem z 20 letnim doświadczeniem. Urodził się w tych okolicach, w górach. Obaj nam umilali czas śpiewaniem. Wspaniałe było ich posłuchać.. do czasu kiedy Kamil zaczął robić im chórki ;)

Marsz był dosyć wyczerpujący. Raczej nie poruszaliśmy się po wydeptanych ścieżkach tylko Jadoo maczetą przecinały nam szlak, który najczęściej prowadził prawie pionowo pod gore lub w dół. Po drodze Manit pokazywał nam ciekawe rośliny, zioła – zarówno te lecznicze jak i trujące. Tuż przed zachodem dotarliśmy do wioski plemienia Lahu. Ostatnie kilkadziesiąt metrów to istna bajka. Przepiękne krajobrazy.

Sama wioska jest spora. Oficjalnie mieszka w niej ok 300 osób, ale na stałe przebywa może 100. Reszta pracuje w Chiang Mai lub nawet w Bangkoku. W tygodniu w wiosce nie ma dzieci w wieku 5-14 lat bo są w szkole i wracają tylko na weekendy. Nasz gospodarz uraczył nas obiadokolacją w postaci czerwonego curry z kurczaka z ziemniakami i ryżem, a do tego postawił na stół miejscowy bimber z ryżu. Chłopaki oczywiście kupili zapas do Polski. Nataszka z racji na urodziny dostała oryginalna kamizelkę plemienia Lahu. Wieczór spędziliśmy na rozmowie z naszymi przewodnikami i obserwacji gwiazd. Z racji na brak prądu panuje tam niesamowita ciemność i niebo wygląda zupełnie inaczej. Po kąpieli w zimnej wodzie i założeniu na siebie dresu, bluzy i ciepłych skarpet położyliśmy się spać. Na podłodze rozłożono nam 3 posłania, do tego nasze śpiwory i spać. To był piękny dzień.

Trekking cz. II


2 Komentarze

  1. Zazdroszczę wam tych widoków. :) Czekam na kolejne posty. Pozdrawiam z lodowatej Polski! :)

    • Pozdrawiamy również, ale z przesadnie upalnego Bangkoku :)

Napisz Komentarz