Dzień 4 – Chiang Mai (tuk tuk, tygrysy i skuter)

Ledwo wstaliśmy po kolejnej zarwanej nocy. Wsiedliśmy do zamówionego tuk tuka ok. 9:30 i pojechaliśmy do Tiger Kingdom. Naszym kierowcą był Pan Sak i wyglądał jak cowboy ;) Kupiliśmy bilety, które obejmowały spotkanie z najmniejszymi, małymi i dużymi tygrysami. Długo przed wyjazdem zastanawialiśmy się czy powinniśmy brać udział w tym „procederze”. Z jednej strony bardzo chcieliśmy znaleźć się tak blisko tygrysów, a z drugiej strony coś wewnątrz mówiło, że to nie jest miejsce gdzie one powinny się znajdować i zwyczajnie są maszynką do robienia pieniędzy na turystach. Wygrała jednak ciekawość i chęć sprawdzenia jakie będziemy mieć wrażenia po. Zaczęliśmy od najmniejszych kotów i tu nie czuliśmy się dobrze.. Dużo osób w pomieszczeniu i każdy układa sobie kotka do zdjęcia, nie licząc się z tym, że koty chcą spać i nie mają ochoty na pozowanie. I jeszcze Ci pracownicy namawiający wszystkich turystów po kolei by kładli głowy na brzuchach kotów i robili sobie zdjęcia.. Tu byłabym w stanie uwierzyć, że coś było z nimi nie tak bo niektóre bardzo mocno spały, więc może faktycznie były naćpane? Nie wiemy.. Nie mieliśmy frajdy z obcowania ze zwierzętami, które wyglądały jak zwłoki :/  Ze słabym nastawieniem poszliśmy do średnich kotów. Tu jednak sytuacja wyglądała inaczej. Nasz przewodnik opowiedział nam o kotach, o ich tresurze (tygrysy muszą być pokorne wobec człowieka i czuć jego przewagę bo inaczej by atakowały). Ucieszył się, że nie chcemy się pokładać na nich by robić zdjęcie i pokazał nam swojego ulubionego pupila.  Te koty zachowywały się już normalnie, bawiły się ze sobą i nie były zaspane. Ostatnim był wielki tygrys. Najpierw posiedzieliśmy z samicą, a później z wielkim samcem. Taki bliski kontakt z tak wielkimi kotami robi wrażenie, ale więcej nie wrócimy w podobne miejsce. 

Po wyjściu znowu wsiedliśmy do naszego tuk tuka i pojechaliśmy szukać samochodzików buggy. Niestety wszystkie były strasznie drogie (2 samochody od 500 do 1000 PLN za godzinę). Zdecydowaliśmy się na skutery, które kosztowały na po 20 PLN za sztukę za cały dzień! Zapłaciliśmy Panu Sak ok. 80 PLN za cały dzień wożenia i czekania na nas. Śmiesznie bo nie podał ceny tylko kazał nam wycenić swoją usługę. Dostaliśmy 2 skutery. Jeden niebieski, jeden różowy. Piotrek od ponad 10 lat nie prowadził skutera wiec zanim sobie przypomniał to Nataszkę woził Kamil. Zobaczyliśmy wiele ciekawych zakątków Chiang Mai np. slumsy, świątynie i trafiliśmy do niesamowitej restauracji, która znajdowała się w przejściu i raczej nasz sanepid by ją zamknął. Jedzenie było pyszne. Staraliśmy się unikać najbardziej ruchliwych dróg, ale jakoś nam się to nie udawało. Ku naszemu zdziwieniu całkiem dobrze sobie radziliśmy, mimo lewostronnego ruchu. Pod wieczór się zgubiliśmy i trafiliśmy na super szaszłyki (wieprzowe, na słodko-ostro). Zero turystów, zero angielskiego. Na migi tez się da ;) Jakimś cudem odnaleźliśmy drogę do hotelu i po odstawieniu skuterów Kamil poszedł na masaż a my na drinka. Wieczór znowu zakończyliśmy na placu niedaleko hotelu gdzie zajadaliśmy się owocami i paczkami. No i kolejna noc zarwana, a rano jedziemy na 2-dniowy trekking.


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz