Dzień 2 – Hongkong

W planie mieliśmy trekking szlakiem, który się nazywa Dragon Trail i znajduje się we wschodniej części wyspy Hongkong. Niestety rano Kamil nie czuł się najlepiej i na dodatek stracił głos, więc wylądowaliśmy na wizycie u lekarza (dzięki ELVIA). Wizyta odbyła się w towarzystwie Nataszki, która pełniła rolę tłumacza, bo Kamil nie mógł mówić. Skończyło się na antybiotyku na 3 dni i ma być dobrze. Zaleceniem było jasne - odpoczywać. Mając jednak do wyboru pokój hotelowy lub… cokolwiek innego ;) stanęło na parku (Hong Kong Park). Tam będziemy odpoczywać.

Dojechaliśmy metrem i spędziliśmy leniwe 2-3 godziny na obserwacji ludzi, którzy w parku spędzali swoją przerwę na lunch, albo ćwiczyli (uprawiali?) Tai Chi. Sam park jest umiejscowiony pośrodku dzielnicy finansowej z wysokimi wieżowcami, co robi wrażenie. Zachciało nam się jeść i padło na okolicę Mid-Levels. Minęliśmy Statue Square i Queen’s Road Central doszliśmy do Stanley Street, gdzie zjedliśmy obiad w chińskiej restauracji. Zdziwiły nas ceny. Wydawało nam się, że będą jednak trochę niższe, bo w przeciętnej knajpie za porcję smażonego makaronu lub ryżu z dodatkami trzeba zapłacić ok. 30-45 PLN. Po obiedzie dotarliśmy do bardzo fajnego miejsca, a mianowicie Mid-Levels Escalators. To gigantyczne, kryte schody ruchome, które ciągną się na długości 800m. Mijane widoki tworzyły tak niecodzienne wrażenia, że postanowiliśmy zejść z tych schodów na wysokości Hollywood Road by przyjrzeć się bliżej tym wszystkim sklepikom, antykwariatom, barom i straganom. Zdziwiła nas obecność starej świątyni pośrodku wysokich wieżowców mieszkalnych. Nazywała się Man Mo Temple i można ją zwiedzić za darmo. Zatrzymaliśmy się na dłużej w pobliskiej kawiarni, która bardzo przypominała te z Europy. Tu było zdecydowanie spokojniej, prawie bez ludzi, więc trochę odpoczęliśmy.

Kolejnym punktem programu miał być Victoria Peak. Kolejka na wzgórze znajdowała się ok. 3km od nas, my nie mogliśmy złapać wolnej taksówki, więc w rezultacie doszliśmy na piechotę idąc Caine Road. Na miejscu oczywiście kolejka oczekujących, bo nie tylko my chcieliśmy zdążyć na zachód słońca. Dodatkowo okazało się, że nie można płacić kartą więc musieliśmy szybko wymienić EURO na HKD. Zdziwiło nas, że wymiany walut dokonuje lodziarz, który stoi ze swoim stoiskiem przy kolejce na Victoria Peak ;) Szybka transakcja i znowu w grze.. Bilety kupione, stoimy w długiej kolejce i  dobre 15 minut non stop płacze dziecko. Rodzice nie byli w stanie uspokoić tej dziewczynki, ale wystarczyło, że Piotrek się do niej uśmiechnął i nastała błoga cisza ;) Cały tłum z kolejki wyraził podziw i wdzięczność za ten czyn. Ruszyliśmy na górę kolejką jak na Gubałówkę, momentami jechaliśmy prawie pionowo. Wszystko trwało kilka minut, ale w tym czasie zdążyło się ściemnić więc przepiękny widok na Hongkong i Koulun zobaczyliśmy jedynie w aurze nocnej. Polecamy! Wrażenia niezapomniane.

Na dół mieliśmy również zjechać kolejką, ale ilość osób oczekujących nas skutecznie zniechęciła. Poszliśmy szukać taksówki. Pierwsza chciała nas oszukać i za przejazd kierowca krzyknął 150 PLN, więc podziękowaliśmy. Po chwili zobaczyliśmy postój taksówek z dokładnym cennikiem. Czekaliśmy może 5 minut i za przejazd zapłaciliśmy ok. 30 PLN. Nieprzyzwyczajeni do ruchu lewostronnego mieliśmy frajdę z przejażdżki. Na Koulun dojechaliśmy metrem i poszliśmy szukać jedzenia w okolicy Temple Street Night Market. Jest tam mnóstwo knajp z jedzeniem chińskim, wietnamskim, koreańskim itp. Zdecydowaliśmy się na tę ostatnią. Najedzeni wróciliśmy do pokojów, pakowanie i spać bo o 10:30 mamy lot do Chiang Mai, więc na 7:30 zaplanowaliśmy pobudkę. Skończyło się tak, że poszliśmy spać po 3:00 nad ranem.. 


3 Komentarze

  1. Cudotworczy uśmiech Pudełka!;)

    • Potrzebujesz cudu?
      Zapraszamy do kontaktu! :)

Napisz Komentarz