Dzień 15 – lecimy do Kuala Lumpur

Przylecieliśmy do Kuala Lumpur rano i pierwsze co zrobiliśmy to.. ucięliśmy sobie godzinną drzemkę 😉 Z hotelu wyszliśmy dosyć późno ze względu na upał, który nie zachęcał nas do pieszego zwiedzania miasta. Po wyjściu skierowaliśmy się w stronę Dataran Merdeka. To taki duży, zielony plac, otoczony ładnymi budynkami (np. Sultan Abdul Samad Bulding), który dawniej był boiskiem do krykieta. Dziś służy mieszkańcom do spotkań w czasie wielkich wydarzeń, jak Merdeka Parade.

Idąc wzdłuż Jalan Parlimen dotarliśmy do ogrodu botanicznego (Taman Botani Perdana), gdzie weszliśmy do parku ornitologicznego (KL Bird Park). Kilka godzin spacerowaliśmy  miedzy mniejszymi i większymi ptakami. Były strusie, emu, papugi, flamingi, pelikany i wiele innych. Najfajniejsze w tym parku jest to, że około połowa ptaków chodzi sobie wolno między zwiedzającymi, reszta siedzi niestety w klatkach. Można tu karmić papugi, które mogą trochę podrapać wbijając się w rękę pazurkami. Na terenie parku żyją sobie dziko małpy, które polują na turystów, a właściwie na ich jedzenie, więc trzeba uważać 🙂

Po wyjściu z parku pojechaliśmy taksówką na Jalan Alor, czyli słynną ulicę z jedzeniem. Po drodze taksówkarzowi nie zamykała się buzia. Opowiedział nam dużo o Kuala Lumpur, pytał też o Polskę. Dowiedzieliśmy się, że najfajniejszy widok na miasto nie jest wcale z wieży telewizyjnej, a oddalonych o 30 min jazdy wzgórz. Niestety nie mieliśmy okazji by sprawdzić, ale może w przyszłości. Sama ulica Alor z knajpami i straganami nie jest długa, ale faktycznie wybór jest bardzo duży. Po zmroku pięknie świecą lampki i lampiony. Usiedliśmy w losowo wybranej knajpie i zamówiliśmy zupę, kurczaka na 3 sposoby, warzywa i limonkowy napój. Wszystko było pyszne. Przeszliśmy jeszcze między straganami i udaliśmy się pieszo pod Petronas Twin Towers. Wieże robią wrażenie swoją wysokością i oświetleniem. Ciężko im zrobić dobre zdjęcie z poziomu chodnika, ale się staraliśmy – stąd tyle fotek w galerii poniżej 😉 Nacieszyliśmy się widokiem wież z każdej strony i postanowiliśmy wracać w stronę hotelu. W okolicy Kamil wypatrzył bar na dachu hostelu Reggae Mansion. Byliśmy jednymi z pierwszych gości więc zajęliśmy sobie najlepsze miejsce z widokiem na bliźniacze wieże Petronas i wieżę telewizyjną. Z czasem ludzi przybywało, muzyka była coraz głośniejsza, chociaż jeżeli chodzi o gust DJ to pozostawiał on wiele do życzenia, a Ment miał wolne 😉 więc pozostało pogodzić się z tym co jest.. Było karaoke, ale żadne z nas nie miało ochoty wystąpić, za to Amerykanie ustawiali się w kolejce.. Do nas dosiadł się podróżujący samotnie Austin z NY. Jak to zwykle bywa przy takich rozmowach pierwsze zdania zawsze brzmią tak samo: skąd jesteście? od jak dawna w … ? widzieliście już … ? na długo przyjechaliście? w Polsce jest śnieg? Kamil i Piotrek byli w bardzo imprezowym nastroju i przy barze poznali chyba wszystkich 😉 Tu też nie zabrakło polskich akcentów i poznaliśmy 2 siostry, Polki. Jedna na stałe mieszka w Australii, druga w Niemczech. Miały lecieć na Filipiny, ale ze względu na tajfun Hagupit musiały zmienić plany. Impreza na dachu się rozkręcała, częstotliwość spotkań Piotrka i Kamila z Jim Beamem również. Ok 1:30 już mieliśmy dosyć i wróciliśmy do hotelu, który na szczęście był oddalony tylko o 5 min drogi. O tym jak panowie cierpieli rano budząc się w pokoju bez okna i z wyłączoną klimatyzacją już nie będziemy pisać 😉 A tak przy okazji, o tajfunie dowiedzieliśmy się jak już tracił na sile.. Byliśmy zupełnie odcięci od informacji, zero TV, wiadomości w necie – taki radosny świat bez zmartwień sobie stworzyliśmy 🙂 


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz