Dzień 11 – nasze początki na Phuket

Chyba nie będzie nam dane wyspać się na tym wyjeździe. Znowu spaliśmy 2-3 godziny i o 6 już jechaliśmy na lotnisko. Samolot na Phuket mieliśmy o 8:30 i po ok 2 h byliśmy na miejscu. Początek nie był najlepszy… Nie dość, ze czuliśmy sie jak w Rosji ze względu na obecność samych Rosjan, to jeszcze trafiliśmy na najgorszy transfer z lotniska do hotelu jaki można sobie wyobrazić. Najpierw powiedzieli nam, ze odjazd jest za 15 min po czym czekaliśmy ok 30. Jak już uzbierali odpowiednia ilość pasażerów to ruszyliśmy. Długo jednak nie jechaliśmy bo kierowca pod pretekstem zebrania od nas danych adresów gdzie ma nas odstawić zatrzymał się w biurze podróży gdzie namawiali na wycieczki. Jedna para sie skusiła i reszta musiała czekać ponad 30 min aż zakończą transakcje. Wszyscy byli podirytowani. Ale najgorsze było przed nami. Wysadzili nas mówiąc, ze tuż obok jest nasz hotel. Błądziliśmy ponad 30 minut w upale, aż zatrzymaliśmy taksówkę i poprosiliśmy o podwiezienie. Nie było blisko i taksówkarz trochę błądził. Ostatecznie wyszło nas to więcej niż gdybyśmy zamówili Taxi z lotniska do hotelu i straciliśmy godzinę.

Początek nie był najlepszy, ale jeszcze mieliśmy pół dnia przed sobą. Postanowiliśmy znaleźć fajną plażę i korzystać z niej do oporu. W hotelu poradzili nam Paradise Beach. Szokiem była dla nas różnica cenowa na tuk tuka w porównaniu z Bangkokiem. Tam za 200 THB przejechaliśmy pół miasta, a tu za mniej niż 400 nie ruszą.. Chcieli od nas 400 THB za kurs. Czyli w obie strony zapłacilibyśmy 800 THB. Kamil namówił nas znowu na skutery i tym sposobem zaoszczędziliśmy bo za 2 skutery zapłaciliśmy 400 THB. Dojazd na Paradise Beach zajął nam ok 15 min. Trasa jest ładna, zielona i górzysta. Na miejscu zapłaciliśmy po 100 THB za wejście i dostaliśmy dokładnie to czego chcieliśmy 🙂 Biały piasek, turkusowa woda, wysokie palmy na plaży, huśtawka i nie za dużo ludzi na piasku. Jedyne do czego możemy się przyczepić to podłoże, które po wejściu do wody zmienia się z piasku w kamyczki, a niektóre są ostre. Wyleniliśmy się i wyjechaliśmy w kierunku Promthep Cape, skąd zamierzaliśmy oglądać zachód słońca.

Po drodze do tego najsłynniejszego na wyspie Sunset Piont View mijaliśmy kilka turystycznych miejscowości tj. Karon czy Kata. Wszystkie wydawały się spokojniejsze niż Patong, gdzie mieszkamy. Na pewno można tam znaleźć kawałek plaży tylko dla siebie, w cieniu palmy i bez tłumu ludzi obok. Zjedliśmy też po drodze obiad, składający się z tajskich specjałów. Dojechaliśmy na południe, ale nie do samego Promthep Cape (zabrakło ok 1 km, ale widok już ten sam). Na miejscu było sporo ludzi, jakaś sesja ślubna, miejscowi i turyści. Słońce pięknie się schowało, a my postanowiliśmy jechać na pobliską plażę by się wykąpać po ciemku. Ta plaża miała gładkie dno i kąpiel była super. Ciepła woda, ciepłe powietrze. Fajne przeżycie.

Po kąpieli ruszyliśmy w drogę powrotną. Jechaliśmy ok 30 min. Było ciemno, zaczynało już błyskać (codziennie w nocy jest burza). Zanim się rozpadało zdążyliśmy przejść się po Bangla Road czyli ulicy barów z tańcem na rurce i tym podobnych. Dużo jest tu panów przerobionych na panie, naganiaczy na ping pong show, klubów i oczywiście Rosjan. Weszliśmy tylko na jednego drinka do największego baru z akrobatycznym (pole dance?) tańcem na rurze. Te panie (albo panowie?) mają tak umięśnione ręce, że są w stanie utrzymać swoje ciało w linii poziomej trzymając się rury tylko rękami.

Wróciliśmy do hotelu na skuterach, które w Tajlandii można porzucić gdziekolwiek i nikt ich nie ukradnie. Kaski leżące obok też nikogo nie interesują.. W Polsce nie do wyobrażenia raczej 😉 od razu by ukradli.. 

  


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz