Dzień 10 – Bangkok (na podbój Ayutthayi)

Ayutthaya jest położona ok 80 km na północ od Bangkoku. Można ją zwiedzić ze zorganizowaną wycieczką, dojechać tam wynajętą na cały dzień taksówką, dopłynąć promem lub jak my, dojechać pociągiem. Z hotelu wyruszyliśmy ok 10:00, zaraz po śniadaniu na Rambuttri Rd. Dojechaliśmy tuk tukiem do stacji Hua Lampong. Tam znowu jakaś pani chciała nas oszukać mówiąc, że pracuje w informacji stacji i pociąg do Ayutthayi właśnie odjechał, a następny będzie za prawie 2 godziny. Woleliśmy jednak sprawdzić na rozkładzie i oczywiście okazało się, że następny będzie za ok 20 min. Kupiliśmy bilety za całe 15 THB za osobę (czyli ok 1,5 PLN) i wsiedliśmy. Pociąg wygląda jak nasze podmiejskie, ma miękkie siedzenia i wiatraki pod sufitem. Najpierw wsiedliśmy do złego wagonu i starsza pani specjalnie po nas przyszła, żebyśmy się przesiedli do jej wagonu. Okazało się, że ten po kilku kilometrach odłączali. Wszyscy ludzie się do nas uśmiechali, zagadywali po tajsku, podawali rękę, a pewien mundurowy nawet poprosił o wspólne zdjęcie. Pomogli nam też otworzyć okno (to nie takie proste… Na polecenie pani, która już raz nam pomogła, pan z peronu popchnął szybę do środka i wtedy mogliśmy opuścić). Jechaliśmy ok 2h i na stacji wynajęliśmy tuk tuka, żeby nas powoził po świątyniach. Kosztowało nas to 100 PLN. Plus po 30-50 THB za każdą świątynię.

Najpierw pojechaliśmy do Wat Yai Chai Mongkhom, która mieści się za miastem. Słynie z ustawionych przy sobie w szeregu 150 posągów Buddy. Dodatkowo można wdrapać się na pagodę, by zobaczyć widok na pozostałe budowle. Była to pierwsza tego typu świątynia jaką widzieliśmy więc zrobiła na nas duże wrażenie.

Kolejną była Wat Phra Mahathat. To wyglądało jak niewielka osada z wieloma budowlami. Prawie wszystkie posągi Buddy miały poucinane głowy (nasz przewodnik Pascala nie wspomina dlaczego), a jeden z głową ładnie komponuje się z tłem. Zobaczyliśmy oczywiście najbardziej znany widok z tej części świata czyli głowę Buddy wpasowaną w pień drzewa. Trzeba przyznać, że wygląda to ciekawie. W drodze do tuk tuka daliśmy się jeszcze namówić na lody kokosowe, które smakowały obłędnie (i były drogie, ok 100 THB).

Następną była świątynia Wat Chai Wattanaram. Niesamowity i niezapomniany widok. O dziwo było tu mało ludzi więc mogliśmy w spokoju pospacerować po tym magicznym miejscu. Tu również można było wejść po stromych schodach na główna iglicę, by podziwiać widok. W zasadzie z każdej perspektywy miejsce to jest bardzo fotogeniczne i można spacerować bez końca, pstrykając fotki.

Po zwiedzaniu warto coś zjeść po drugiej stronie ulicy. Mają tam pyszne jedzenie za grosze. Można też kupić suszone banany (później już tak dobrych nie jedliśmy). Najedzeni wróciliśmy do naszego tuk tuka i dojechaliśmy do stacji. Zdążyliśmy na ostatnią chwilę by złapać pociąg o 16:35, następy by był za 2h. Specjalnie na nas poczekali, żeby Piotrek mógł kupić bilety i jak tylko wsiedliśmy to pociąg ruszył.

Po powrocie na stację ponownie skorzystaliśmy z tuk tuka i wróciliśmy do hotelu. Wyszykowaliśmy się jak stróż w Boże Ciało ponieważ chcieliśmy jechać do Sky Baru na dachu hotelu Labua, a tam obowiązuje dress code wieczorowy. Chłopaki długie spodnie, Nataszka szpilki. Dojechaliśmy taksówką pod same wejście i zaprowadzono nas do windy, którą wjechaliśmy na 64 piętro. Podeszliśmy do baru po drinka i podziwiając fantastyczny widok sączyliśmy swoje Aperole Spritz’y. Warto się przemęczyć w tym nieodpowiednim do temperatury stroju by to zobaczyć. Niestety zdjęcia można robić tylko w okolicy baru więc za wiele tego nie mamy, bo jak można się domyśleć, wszyscy stali przy tym barze 😉 Po wyjściu znowu wsiedliśmy w taksówkę i tak wystrojeni pojechaliśmy w nasze okolice by zjeść coś na ulicy. Kolacja była przepyszna bo zamówiliśmy sobie pieczoną rybę, grillowane kalmary, pikantne surówki i warzywa z grilla.

 


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz