Tajskie wyspy #2 – NGAI

Koh Ngai było największą zagadką. Niewiele informacji znalazłam przed podróżą, ale te na które trafiłam skutecznie mnie przekonały, że to miejsce dla mnie :) Brak dróg, park narodowy i większość wyspy nadal pozostaje niezamieszkana. Mieliśmy zarezerwowany najtańszy nocleg na wyspie, Koh Ngai Resort, który okazał się całkiem przyjemnym. Mieliśmy swoją przystań, basen, małą plażę i byliśmy odcięci od reszty wyspy. Żeby przedostać się do pozostałych ośrodków i większej plaży trzeba było przejść dosyć łatwym szlakiem ok 20 min. Ale od początku. Przypłynęliśmy z Lanty promem i kilkadziesiąt kilometrów od brzegu musieliśmy się przesiąść na long boat. Tak, na otwartych wodach morza andamańskiego musieliśmy przejść na łódkę razem z bagażami. Całkiem sprawnie to poszło i nawet nagrałam snapa w trakcie ;) Po zameldowaniu w pokojach udaliśmy się na plażę. Woda była błękitna i czysta. Pływaliśmy na kajakach wzdłuż brzegu, snurkowaliśmy i zwyczajnie cieszyliśmy się urokiem tego miejsca. Niezapomnianym wrażeniem była kąpiel w basenie po zachodzie słońca bo było nadal ciepło, nad nami świeciły tylko gwiazdy i szumiały palmy. W samym ośrodku widzieliśmy sporo egzotycznych zwierząt. Były różne gekony, tukany z podwójnym dziobem, skolopendra (na szczęście martwa) i gwiazdy ośrodka – warany. Te olbrzymy podchodziły pod same schody naszego ośrodka. Obsługa ostrzegała nas, że są niebezpieczne, ale z naszych obserwacji wynikało, że nie miały ochoty przebywać w towarzystwie ludzi i jak tylko ktoś się pojawiał to uciekały do dżungli. Koh Ngai to kolejne miejsce gdzie mogliśmy obserwować codzienne odpływy. Na zdjęciach widać to dosyć wyraźnie. O wschodzie słońca woda była mocno cofnięta, przed południem było jej najwięcej i po 14 znowu był odpływ. Szaleństwo ;) Co do wschodu słońca to tu był zdecydowanie najpiękniejszy i warto było wstać o 6 rano. 

Podczas naszego 3 dniowego pobytu na wyspie jeden dzień poświęciliśmy na pieszą wycieczkę na Paradise Beach. Wyposażeni w mapkę ręcznie narysowaną przez kogoś z naszego ośrodka ruszyliśmy najpierw 2 km na główną plażę, a następnie pokonaliśmy 4 km przez spore wzniesienie gdzie musieliśmy trzymać się lin by się nie ześlizgnąć, gęstą dżunglę i las palmowy. Paradise Beach faktycznie wyglądała jak rajska plaża :) Przez większość czasu nie było tam nikogo. Na chwilę przypłynęła grupa Francuzów, ale nawet nie zorientowaliśmy się kiedy znowu byliśmy sami. Czas upływał nam na kąpieli w czystym morzu, wylegiwaniu się pod palmami, bujaniu na huśtawce z obłędnym widokiem i szukaniu ciekawych domków mięczaków. Kiedy to wszystko nam się znudziło ruszyliśmy w stronę parku narodowego, tego samego co na Lancie, czyli Mu Ko Lanta National Park. Szlak pieszy prowadził najpierw przez bambusowe gąszcze, następnie minęliśmy malutką plażę z dużą ilością muszelek zawieszonych na jedynym drzewie (ładny widok i dźwięk). Kolejna plaża byłaby ładna gdyby nie ogromna ilość śmieci, które morze wyrzuciło na brzeg – smutny widok. Dalej ruszyliśmy już mocno pionowo pod górę, gdzie bez wspomagania się linami nie udało by się podejść. Minęliśmy jednego turystę i dotarliśmy do końca szlaku czyli na najwyższy punkt tej części wyspy. Było niemiłosiernie gorąco i nawet telefony nam zaparowały. Długo tu nie zabawiliśmy bo nie było nawet skrawka cienia by się schować. Droga z powrotem obejmowała obowiązkową kąpiel na tej małej plaży z muszelkami na drzewie :) Na Koh Ngai nie było żadnej bramki by kupić bilety wstępu więc pewnie samo przebywanie na wyspie ma już w cenie wejście do parku narodowego. 

Jeszcze kilka słów na temat głównej plaży. Plusy są takie, że jest długa i piaszczysta. Ciekawym widokiem było obserwowanie tutejszej młodzieży, która podczas odpływu grała w piłkę nożną na utwardzonym piasku. Jednak o ile na Lancie było bardzo dużo fajnych beach barów i restauracji to tutaj nie znaleźliśmy nic ciekawego.. Jedynie resort przy resorcie ze swoimi restauracjami. Szukaliśmy jakiejś alternatywy dla restauracji naszego ośrodka, bo ceny tam były dosyć wysokie, i okolice głównej plaży wypadły dosyć ubogo pod względem gastronomicznym. A poza tym jak na zdjęciach :) 

Zdjęcia wykonane telefonem (stary Samsung) i aparatem Olympus OM-D E-M10.

 


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz