SARDYNIA cz. 1 – Bosa, Baunei i Cala Goloritze

Sardynia… Od 2 lat miałam zaplanowaną tę podróż w najmniejszym szczególe i wreszcie się udało! 2 tygodnie temu poleciałam z rodzicami na Sardynię. To nasz pierwszy wspólny wyjazd w tym stuleciu ;) Mieliśmy w tydzień zobaczyć najciekawsze miejsca północnej połowy wyspy (czyli tak od Baunei w górę). 08-08-2017 wylecieliśmy WizzAir’em z Okęcia do Alghero i tu odebraliśmy zamówiony wcześniej przez Argusa samochód. Skorzystaliśmy z wypożyczalni „Sicily by Car” i dostaliśmy Fiata 500 Large (czyli „Żuczka na sterydach”, a Żuczkiem nazywam moje ulubione auto czyli tradycyjną 500). Zapakowaliśmy się do środka i po przejechaniu godziny już byliśmy w naszej pierwszej miejscowości – Bosie. 

Bosa znajduje się 45 km na południe od Alghero i jest przepiękna. Leży nad rzeką Temo, a nad kolorowymi kamienicami dzielnicy Sa Costa góruje zamek Serravalle. Po miasteczku najlepiej poruszać się pieszo, chodząc bez celu by przypadkiem odkrywać najpiękniejsze zakątki. Najbardziej reprezentatywną jest ulica Vittorio Emenuele II, ale im wyżej wejdziemy tym piękniejszy widok dostaniemy. A jest co podziwiać. Z góry widać jak rzeka wije się między palmami i domami, a kończy w morzu, w Bosa Marina. Teren dookoła jest górzysty więc myślę, że warto zostać tu chociaż na 2 dni by pochodzić po górskich szlakach. Po drugiej stronie Temo jest dawna dzielnica rzemieślniczo-przemysłowa Sas Conzas. Rząd pastelowych, jednopiętrowych budynków przy ulicy Lungo Temo Emilio Scherer to dawne garbarnie. Od tej strony widok na starówkę i zamek jest najbardziej urzekający. Nas gonił czas więc musiał nam wystarczyć dwugodzinny spacer po wąskich uliczkach i ruszyliśmy w drogę. Przed nami 170 km do Baunei, gdzie mieliśmy spędzić 2 dni. 

Po 2h drogi, gdzieś na wysokości Lotzorai, dostrzegliśmy białe miasteczko wręcz przylepione do ściany gór. Zastanawialiśmy się jak tam można mieszkać i jak ciężko musi być dojechać tam samochodem? Jak możecie się domyślać to było właśnie Baunei i naszym zadaniem było wjechać serpentynami 500 m w górę. Drogi są tutaj naprawdę w dobrym stanie, ale dosyć wąskie i kręte. Jeżeli traficie na autobus to musicie się mocno nagimnastykować by bezkolizyjnie się minąć. Po kilkunastu minutach byliśmy już na górze i odnaleźliśmy nasz hotelik. Był to Giaminera B&B Art Studio. Gospodarze, Maria Laura i Ottavio, przywitali nas kieliszkiem własnej nalewki i przekąskami. To 2 młodych, przesympatycznych ludzi, którzy od roku prowadzą ten mały hotelik. Są to zaledwie 3 pokoje, ale miejsce ma wyjątkowy klimat. Pokoiki nie są duże, ale bardzo wygodne i czyściutkie. Najlepsze jednak były śniadania. Codziennie 2 nowe ciasta (bananowe, cytrynowe, brzoskwiniowe, jogurtowe), do tego coś na ciepło (spaghetti z cukinii albo hummus z grillowanego bakłażana, ricotty i miodu), plus standardowe elementy (sery, wędliny, pieczywo, jajka). Rozpływam się w zachwycie bo to miejsce szczególnie godne polecenia jeżeli jedziecie by zobaczyć tę część Sardynii (czyli słynną Cala Goloritze, Cala Mariolu, Golgo, Santa Maria Navaresse czy liczne górskie szlaki), ale polecam wybrać się poza szczytem sezonu, kiedy nie ma upałów. Samo Baunei jest malutkie. To w zasadzie jedna główna ulica, kościół i kilka knajpek. Największe wrażenie zrobił na mnie widok na dolinę. Przez całe miasto ciągnie się coś w rodzaju barierki, za którą rozpościera się obłędny widok. Jeszcze lepszy widok znajdziecie jadąc kilka minut serpentynami w górę. Tam dopiero jest wysoko i miasto podziwia się z góry. Wracając do samego Baunei, jak wiele włoskich miast, ożywa dopiero po zachodzie słońca. Wtedy zapełniają się restauracje, bary, lodziarnie, a dzieci grają w piłkę przed kościołem. Znajdziecie tu sporo opuszczonych kamienic, ale nie odczuwa się klimatu zaniedbanego miasta. Raczej takiego, które dopiero się rozkręca w kierunku turystyki. Polecano nam restaurację Pisaneddu, ale jakoś nie dotarliśmy tam. Może Wy skorzystacie z tej rady? 

Najciekawszym punktem naszego pobytu w Baunei była wyprawa na Cala Goloritze. Dojechaliśmy samochodem na parking przy restauracji Su Porteddu (ok 20 min) i za bilet wstępu na szlak zapłaciliśmy po 6€ od osoby (parking w cenie). Szlak nie jest trudny jeżeli chodzi o ukształtowanie terenu, ale jest dosyć długi bo ma 4 km długości i 450 m różnicy poziomu. Pierwsze 200 m idzie się pod górę, a później na zmianę płasko i w dół. Po drodze sceneria się zmienia, raz szlak prowadzi przez las, po chwili po kamieniach przy wysokich ścianach, co jakiś czas wyłania się morze. Na szlaku minęły nas 2 dzikie, białe kozy i mnóstwo jaszczurek. Widzieliśmy kilka grot, które niegdyś służyły pasterzom i ich zwierzętom za schronienie. Przy szlaku są też 2 miejsca piknikowe ze stołami gdzie można odpocząć.  Pod koniec drogi wyłania się piękna iglica czyli Aguglia di Cala Goloritze (143 m skała, na którą śmiałkowie wspinają się od 1981 r.). Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonuje się pionowo w dół po schodach. Na końcu schodów stoi pan ratownik, który pomaga zejść ze schodów, pilnuje porządku na plaży i może sprawdzić bilety więc nie zgubcie ich po drodze. Zanim zeszliśmy schodami na plażę napawaliśmy się przepięknym widokiem na morze. Kolor wody powalał :D Sama plaża ma dosyć specyficzne ukształtowanie terenu przez co trudno się tam wygodnie rozłożyć. Nie żebym narzekała, ale nachylenia są dosyć strome więc nawet siedzi się niewygodnie. Wszystkie płaskie miejsca były oczywiście dawno zajęte (byliśmy na miejscu ok 11:00) więc zdecydowaliśmy się odbić w lewo i za wysoką skałą znaleźliśmy drugą część plaży gdzie udało się wygospodarować trochę płaskiej powierzchni i tam spędziliśmy kilka godzin co chwilę wchodząc do morza by się schłodzić. Wybierając się tutaj pamiętajcie, że słońce po południu chowa się za wysokie góry co trochę odbiera uroku temu miejscu (wszyscy wiemy, że to słońce nadaje wodzie ładny kolor, a bez słońca robi się szaro). Dlatego warto wyruszyć ok 7-8 by jak najdłużej nacieszyć się tym pięknym miejscem, rozłożyć się przy wodzie i jak słońce zajdzie za góry to ruszyć w drogę powrotną. Z informacji praktycznych – warto zabrać ze sobą buty do pływania bo chodzenie po tych kamyczkach mi przynajmniej sprawiało ból. A dodatkowo warto mieć parasol słoneczny bo nie bardzo jest gdzie się schować. Musicie mieć min po 2 litry wody na osobę i jakieś jedzenie bo tutaj nie ma żadnych barów. Jeżeli nie chcecie lub nie możecie pokonać tej drogi górskim szlakiem to pamiętajcie, że dostępne są też łódki – taksówki, które wypływają z Santa Maria Navarrese. Dowiedzieliśmy się o tym w sytuacji trochę kryzysowej kiedy w drodze powrotnej mój tata zasłabł i mijający nas turyści starali się jakoś pomóc. Dobrze, że miałam Isostar – naprawdę pomógł (zawsze mam ze sobą jak idę w góry). Jak tata się poczuł trochę lepiej to zdecydowaliśmy się dokończyć nasz trekking pod górę. Robiliśmy dużo przystanków i udało się dotrzeć do parkingu. Dla mnie lekcja była następująca – mierzyć siły na możliwości, ale nie tylko swoje, a całej ekipy za którą odpowiadam. Moi rodzice to nauczyciele, których tryb życia jest raczej stojąco – siedzący i swoje lata mają. Skoro mi dał w kość ten trekking to co dopiero im? Nawet nie chcę sobie wyobrażać jak źle to wszystko mogło się skończyć.. Na szczęście tata mnie nie wydziedziczył i szczęśliwie mogliśmy dalej kontynuować naszą podróż, ale o tym w następnym poście.  

 


Brak Komentarzy

Napisz Komentarz